Data:

 

Magazyn STORMER Nr.1


 

WYDAWNICTWO:


ISD RECORDS
 

 

B&H Oddziały na Świecie

Publicystyka - Artykuły
 

                                          BRATERSTWO

„Towarzysz” – słowo często używane przez nacjonalistów, ale czy potraficie sobie wyobrazić, że kiedyś użycie tego zwrotu wywoływało poruszenie w szeregach patriotów? Pamiętam, gdy jeden koleś posłużył się tym słowem na spotkaniu NF. Podczas jego przemówienia słychać było szepty dotyczące zdrady ideałów i sympatii dla komunizmu. Jednak kilka lat później wszyscy byliśmy towarzyszami.

 Ale czy na pewno? To słowo pojawia się coraz częściej, ale jego prawdziwe znaczenie zatarło swój sens, w szczególności u nowych działaczy „skrajnej prawicy”. Smutne, ale prawdziwe jest to, że każdego dnia w szeregach patriotów dochodzi do plotek, pomówień, podejrzeń i aktów zazdrości.

 Jak to? Czyżby brakowało nam wrogów? Czy naprawdę nie mamy, z kim walczyć? Jeżeli nie chodzi o bardzo stare konflikty, jakie prowadzili nasi praojcowie i ich plemiona to kłócimy się wtedy kwestię granic. Irlandczycy nienawidzą Anglików, którzy nienawidzą Francuzów, którzy nienawidzą Niemców, którzy nienawidzą Polaków, którzy nienawidzą Ukraińców, którzy nienawidzą Rosjan, którzy nienawidzą Amerykanów, których chyba nienawidzą prawie wszyscy. Jak śpiewał Kris Kristofferson „Każdy potrzebuje kogoś, na kogo może patrzeć z góry”. Ale czy w naszym przypadku jest to powód do dumy?

 Nie tylko zresztą problemem są kwestie szowinistyczne. Istnieje jeszcze duża rywalizacja pomiędzy partiami nacjonalistycznymi. To można w jakiś sposób zaakceptować, ale trudno zrozumieć spory i potyczki wewnątrz swojej organizacji. Myślę, że każde ugrupowanie o prawicowym charakterze cierpi na tego typu problemy. Osobiście nie zwracałbym uwagi na sytuację ludzi w innych organizacjach, ale gdy obserwuję moich starych towarzyszu w moim własnym Ruchu zanieczyszczonym różnymi naleciałościami zaczynam się zastanawiać.

 „Zdrajca” „karierowicz” „ciota” „żyd” oni wszyscy mieli być usunięci z Ruchu. Sporadycznie pojawiające się problemy zamieniano w patetyczne „polowanie na czarownice”. Tak zwane „czyszczenie” było niczym innym niż pozbywaniem się z Ruchu wszystkiego, co zrodziło się na podstawię wewnętrznych sporów i pomówień.

 Dlaczego tak jest? Czy naprawdę jesteśmy tacy, jakimi widzą nas nasi przeciwnicy, czyli grupą wariatów kierujących się tylko i wyłącznie nieokiełznaną nienawiścią? Mimo wszystko, po latach spędzonych w szeregach prawicy uważam, że są dwie zasadnicze przyczyny naszych problemów.

 Po pierwsze: mamy zbyt wielu zwolenników nieinteresujących się polityką: chcą być po prostu „częścią” czegoś. Drugim problemem jest to, że jeżeli coś idzie nie tak, ludzie zamiast pomyśleć politycznie i analizować przyczyny porażki oraz błędy w strategii i taktyce działań, obwiniają za niepowodzenia swoich towarzyszy. Jeżeli nie wyeliminujemy tych dwóch czynników nie skończą się nasze prawdziwe problemy.

 Jakie jest lekarstwo na tą chorobę? Myśl i odwaga. Myślenie polityczne, zachowanie jak prawdziwy towarzysz i odważne działanie. Jeżeli zejdziemy do poziomu ruchu muzycznego z politycznymi aspiracjami, klubu zapijaczonego marginesu i bandytów, wtedy znajdzie się wiele alternatyw dla Blood & Honour. Jeżeli jednak cenimy nasze dziedzictwo i masowy potencjał międzynarodowego ruchu, jakim jest B&H i rzeczywiście wierzymy w jego unikalne właściwości, które czynią z Blood & Honour naturalny punkt zborny dla najodważniejszych i najbardziej aktywnych z naszych ludzi winniśmy czuć się dumni z przynależności do społeczeństwa białych wojowników. Powinniśmy widzieć w każdym towarzyszu swego brata, z którym łączy nas nie tylko wspólny cel i idea, ale również przeznaczenie. To jest właśnie braterstwo w rozumieniu Blood & Honour.

 

Wasz towarzysz, Max Hammer

 
                                                   

         Copyright:
 
   Blood & Honour